Minęła 77 rocznica wysiedleń Polaków z Kościerzyny i okolic przeprowadzonych przez hitlerowców 21-24 listopada w 1939 roku. O tych strasznych czasach pisze pani Urszula Piechocka, która jako 14-latka widziała wszystko na własne oczy.
 
23 listopada to dzień urodzin mojego Ojca.
 
22 listopada wszyscy w domu przygotowywali się do Tatusia urodzin, które mieliśmy świętować nazajutrz. Mimo ograniczeń wojennych w zaopatrzeniu, Mama kupiła z wielką trudnością na wsi kurę, aby obiad urodzinowy był bardziej uroczysty. Żeby ją zdobyć musiała chodzić bardzo daleko bocznymi drogami, do wielu znajomych, żeby jej nie zobaczono. Wieczorem w domowej spiżarni czekał przygotowany wspólnie gotowy tort urodzinowy. Spaliśmy, gdy o 4 rano obudziło nas walenie w drzwi. Po otwarciu drzwi usłyszeliśmy rozkaz wydany krzykiem: „Alle raus! Alle Zivil-leute müssen die Stadt verlassen! Schnell, schnell!”- „Wszyscy wychodzić. Wszyscy cywile muszą opuścić miasto! Szybko, szybko!”
 
Do mieszkania weszło bez pytania 3 cywilów z długimi karabinami. Nie pozwolili ubrać nic ciepłego, zabrać potrzebnych rzeczy ani zjeść śniadania, do którego na stole już mieliśmy przygotowane wczoraj nakrycia. Ponaglali nas wrzeszcząc. Ojciec zawinął szybko w prześcieradło kołdry i poduszkę, a Mama jakieś sztućce i naczynia. Zdążyłam ubrać płaszcz na nocną koszulę i włożyć domowe kapcie. Nie pozwolili nam się ciepło ubrać. Moi rodzice i starsza siostra Renia ubrali jakieś okrycia, ale to nie było wystarczające. Gdy prowadzili nas ulicą Wilsona, obecnie Długą, padał deszcz ze śniegiem.

Wiele dni wcześniej na początku wojny widzieliśmy jak Niemcy prowadzili ulicą Wilsona kilkadziesiąt osób. Byli to Żydzi z Kościerzyny – całe rodziny, którym najpierw rozkazano zebrać się na rynku. Był wśród nich czapnik Mendelson razem z żoną. W jego domu była do czasu wojny piekarnia, gdzie wiele mieszkańców kupowało pieczywo i ciasta – między innymi znane eski. Ludzie mieszkający dalej mówili że wielu z Żydów zamordowano na cmentarzu ewangelickim lub w pobliżu, na końcu obecnej ulicy 8 Marca. Obecnie od kilkunastu lat znany jest już grób rodziny Rozalii i Hermana Mendelsonów, pochowanych razem z sąsiadem Wilhelmem Zamuri w pobliżu drogi prowadzącej z szosy Chojnickiej do letnich obozowisk młodzieżowych w Garczynie. Zostali zamordowani 12.9.1939 jak zapisano na płycie nagrobnej.

Pamiętając tamto wyrzucenie Żydów z miasta, wielu ludzi bało się o życie wszystkich wyprowadzanych teraz Polaków.
 
Prowadzeni przez Niemców do kościoła Św. Trójcy mijaliśmy jeszcze inne rodziny prowadzone w tym kierunku. Na ulicy i przed kościołem stali rozstawieni mężczyźni z karabinami i grupki żołnierzy. Byli to SS-mani w czarnych mundurach i z SA w żółtych. Kazali nam zostawić tobół z kołdrami pod murem kościelnym. Na ziemi było już błoto utworzone ze śniegu. Rodzice prosili, żeby nam wolno było zabrać bagaż ze sobą. Niemcy krzycząc zabronili nam tego i kazali pozostawić na tym błocie razem ze stosem cudzych bagaży. Mówili, że potem otrzymamy swoje rzeczy. Podczas dojścia do kościoła szedł przy nas z innymi ludźmi prowadzonymi przez uzbrojonych Niemców zarządca z okolic Skarszew, gestapowiec - von Modrow. Przedtem częściej pojawiał się on w Skarszewach w hotelu "Wudrich". Odbywały się tam często spotkania Niemców planujących działania przeciw polskim patriotom. Widziały to znajome osoby pracujące tam przy obsłudze gości. Zaraz po wkroczeniu Niemców do Skarszew hitlerowcy zabrali i rozstrzelali w pobliskim lesie właściciela hotelu przy rynku - pana Gussek, którego rodzina przybyła do Skarszew z Czech. Jednocześnie z nim zabili mojego wujka Teofila Magnus, rzeźnika ze Skarszew i inne osoby. Modrow mijając nas żartował: „Mit denen möchte ich mitkommen, dass möchte ich sehen!” - „Z nimi chciałbym pojechać razem, to chciałbym zobaczyć!” przy tym sadystycznie się śmiał.

Prowadzono nas ulicą Długą koło domu, w którym obecnie jest Dom Kultury, wówczas był tam hotel. Jego właścicielem był wtedy pan Erlichmann, bardzo porządny człowiek. Mój ojciec będący od dawna jego kolegą, był kilka dni wcześniej go odwiedzić. Potem dowiedzieliśmy się, że jego dwaj synowie tak się rozzłościli za te kontakty, że w czasie rozmowy z własnym ojcem zamknęli go w mieszkaniu i zbili, zabijając go w końcu. Ludzie już od września bali się wychodzić na ulice. Prawie nic nie można było kupić, sklepy w większości były zamknięte. Przed wysiedleniem zamknięty był też kościół, nie można było się w nim modlić od czasu jak Niemcy zabili księdza Ruchniewicza, który był wówczas proboszczem.

Uwięzieni w kościele Trójcy Św.
 
Kościół był już zapełniony zegnanymi ludźmi i w ciągu kilku godzin zapełnił się nimi zupełnie ciasno. Doprowadzono nas blisko ołtarza, gdzie kazano nam zająć przednie ławki. Po kościele chodzili uzbrojeni młodzi Niemcy pokrzykując i strasząc ludzi, którzy czasem wspólnie usiłowali się modlić. Wiele osób z okolicznych wsi było w kościele już ponad dobę. Jak dowiedzieliśmy się później, zganianie ludzi trwało już od 21 listopada i wielu z nich odwieziono gdzieś poprzednimi transportami. Później dowiedzieliśmy się, że naszych krewnych z rodziny Magnus i Budzińskich mieszkających w Skarszewach wywieziono 24 listopada. Ludzie spotkani w grupie wysiedlanych widzieli, że niedługo po ich wyprowadzeniu do opuszczanych mieszkań ich sąsiadów wchodzili wyznaczeni Niemcy. Były przygotowane listy osób wysiedlonych i wyznaczanych na ich miejsce nowych właścicieli niemieckich.
 
W czasie zatrzymania w kościele zmuszono ludzi do sprofanowania świątyni nie pozwalając ludziom chorym ani zmuszonym długim czekaniem wyjść na zewnątrz, aby załatwili potrzeby fizjologiczne. Kazali im załatwiać się w kościele w przedsionku pod chórem. Wszyscy byli przerażeni zmęczeni i głodni. Modlili się po cichu.

Z kościoła w godzinach popołudniowych wygnano nas do samochodów ciężarowych z płóciennymi budami. Kolumna samochodów czekała wokół muru na ulicy Kościelnej. Starsi i słabi byli poganiani przez Niemców.

Przesiadka na stacji w Głodowie
 
Auta jadąc powoli około 2 godziny, zawiozły nas na małą stację w Głodowie. Po drodze nie wiedzieliśmy, jaki los nas czeka. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w okolicach Skarszew zostało w tym czasie rozstrzelanych kilkaset osób, w tym w pobliskim Mestwinie. Niektórzy ludzie w czasie jazdy tak jak i wcześniej w kościele modlili się, polecając swoich bliskich opiece Bożej. Znowu żołnierze z psami i niemieccy cywile poganiali ludzi przy wyskakiwaniu z ciężarówek i przy wsiadaniu do wagonów. Nie liczyli się z wiekiem ani z kalectwem niektórych ludzi. Bardzo boleśnie przeżyła to poganianie i wyskakiwanie z wysokiego auta moja Mama mająca od wielu lat uszkodzenie narządów w formie przepukliny i mój Ojciec chodzący o lasce z nogami chorymi wskutek otwartych ran odniesionych w czasie I wojny światowej. Miał od czasu wojny pierwszą grupę inwalidzką przyznaną i opłacaną rentą przez Niemców. To inwalidztwo Taty było skutkiem jego poświęcenia podczas ratowania załogi statku trafionego torpedą. Będąc ranny od wybuchu Ojciec pracujący w kotłowni statku zapobiegł wybuchowi kotła i zatopieniu statku. Mimo takiej zasługi nasza rodzina trafiła do transportu.

Życie w Skarszewach
 
Przyczyną zabrania naszej rodziny na wysiedlenie było narażenie się skarszewskim Niemcom przez to, że Ojciec jako dzierżawca hotelu, nazwał go „Hotel Polonia”. Do 1933 roku hotel ten gościł bardzo często polskich gości, w tym przedstawicieli polskiego rządu i Kościoła, na cześć których Rodzice wydali uroczyste przyjęcie. Hotele w Skarszewach przeżywały w czasie międzywojennym dobry okres. Wiele rodzin przez Skarszewy podróżowało z południa i wschodu do Gdańska, aby okrętami wyjechać na emigrację. W początkowym okresie po I wojnie światowej bardzo liczne były rodziny ze wschodu, także z terenu Rosji, skąd uciekali ci, którzy ocaleli podczas rewolucji.

Po dojściu Hitlera do władzy właściciel zerwał umowę dzierżawy z Ojcem. Wyrzucił nas z hotelu i zagarnął całą zastawę stołową dla gości, pościele i wszystko, czego Rodzice dorobili się. Hotel odtąd powrócił do dawnej nazwy „Hotel Kopitke” pod zarządem kogoś z licznej rodziny niemieckiego właściciela. Rodzice musieli z dziećmi opuścić Skarszewy i poszukali zajęcia najpierw w Kowalewie, potem w Kościerzynie. Mieszkali tam od dawna moi dziadkowie Agata (z d. Magnus) i Augustyn Budzińscy, a wówczas żyła jeszcze Babcia z najmłodszą córką, moją ciocią Agnieszką.
 
To wydarzenie z hotelem „Polonia” było bardzo bolesnym ciosem dla rodziny i pozostało w pamięci z pięknego okresu dzieciństwa w Skarszewach, który ze wzruszeniem wspominałyśmy zawsze z siostrą. Ja i siostra Renia nie znałyśmy dobrze niemieckiego ze szkoły, bo uczyłyśmy się w Zakładzie Sióstr Urszulanek w Kościerzynie. Tylko nasi Rodzice znali ten język, będąc przymusowo nauczani niemieckiego od początku szkoły.

Na zdjęciu rodzice Urszuli Piechockiej, Waleria Magdalena Babińska (z domu Budzińska) i Bernard Babiński przed hotelem w Skarszewach około roku 1929. Nad wejściem napis „Hotel Polonia” - przy ulicy Wybickiego 7. Dziewczynka z przodu to autorka wspomnienia, za nią jej siostra Renia.

Pociąg w Głodowie zapełniał się powoli. Dojeżdżały kolejno następne auta. Znowu wyganiano z nich ludzi popędzając uderzeniami kolb karabinów, krzykami i szczuciem psami. Był już zmrok. W wagonie do którego trafiliśmy była z nami moja kuzynka Andzia Ratajczyk z domu Budzińska. Była ona w ciąży niedługo przed urodzeniem. Niedawno przed wojną poślubiła oficera Wojska Polskiego. Razem z nią zabrano jej rodziców Józefa i Anastazję oraz Andzi rodzeństwo: Jadwigę, Pawła i Józefa Budzińskich oraz ciocię Albertynę - siostrę Anastazji. Na wysiedleniu ani w transporcie nie spotkaliśmy nikogo z naszych sąsiadów z domu przy ulicy Wilsona 3. Nikt z okolicy nie powiadomił nas, że Niemcy już poprzedniego dnia wypędzali ludzi z domów.

Wyjazd w ciemności
 
Wokół stacji w Głodowie stali rozstawieni żołnierze z psami, nawet w polu z dala od stacji. Widocznie Niemcy obawiali się uciekania schwytanych ludzi lub poprzednio zdarzały się ucieczki. Wagony towarowe zostały ciasno załadowane ludźmi i ich drzwi zaryglowano. Długi pociąg w mroku odjeżdżał w kierunku wschodnim linią kolejową przez Skarszewy. Podróż w wagonach trwała 3 dni, chociaż zakończyła się niezbyt daleko w Niemojkach, w pobliżu Łosic. Nie wiemy czy w międzyczasie nie byliśmy wożeni gdzieś daleko, gdzie mieliśmy może inaczej zakończyć nasz los. Podczas podroży nie mieliśmy wody do picia. O strasznych zdarzeniach z podróży nie chcę pisać wszystkiego. Najgorsze było załatwianie potrzeb, bo nie wolno było wysiadać z wagonów i ludzie musieli trzymać daną osobę. W naszym wagonie zmarła starsza pani chora i osłabiona. Noce były mroźne. Gdy na jednej ze stacji pociąg stanął, strażnicy kazali wynieść na peron ciała zmarłych. Nie pozwolili zapłakanym rodzinom robić żadnego pogrzebu, kazali zostawić zwłoki i odjeżdżać. Ludzie umierali szczególnie pod koniec podroży 2 i 3 dnia. Ciała zmarłych nie były więcej zostawiane na stacjach. Pociąg zatrzymywał się w lesie i strażnicy kazali ciała leżące w drzwiach wagonów zrzucać na nasyp kolejowy pokryty śniegiem. Tak robiono, gdy wokół były lasy, z daleka od mijanych miejscowości.
 
Przed wywiezieniem nas z Kościerzyny skończyłam 14 lat, a siostra Renia 16.
 
Dziś nie ma już torów linii kolejowej Kościerzyna-Skarszewy, pozostał budynek stacji w Głodowie i miejsca uwięzienia ludzi przed wywózką - kościół pw. Wszystkich Świętych w Wysinie i kościół pw. Św. Trójcy w Kościerzynie.
 
C.d.n.

Urszula Piechocka, Kościerzyna 23 listopada 2016 r.

 

Tablicę upamiętniającą tamte straszne dni zamontowano 10 lat temu w kościele pw. Trójcy Św. w kruchcie od strony Rynku.




 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

comments

WYDARZENIA

WYDARZENIA wszystkie artykuły w tej kategorii